Jak to się zaczęło…

Na rowerze nauczyłem się jeździć w wieku 5-ciu lub 6-ciu lat. Od tamtego czasu podróżowanie nim, stopniowo stawało się coraz ważniejszą częścią mojego życia. Dzieciństwo, wiek dorastania, oraz pierwsze lata dorosłości obfitowały w wiele jednodniowych rodzinnych wycieczek, które zaciekawiły mnie otaczającym światem i nauczyły przede wszystkim przywiązania do dzikiej przyrody. Pokochałem taką formę spędzania wolnego czasu. Sam jednak, prawdopodobnie nie zainteresowałbym się dłuższymi wyprawami rowerowymi gdyby nie mój starszy brat Adam, który w kwietniu 2013 roku zaproponował mi wspólną, kilkudniową podróż, którą mielibyśmy odbyć w lipcu. Nie mając wówczas jakiegoś konkretnego planu na życie – podłamany nieukończonymi studiami – potraktowałem ten pomysł, jako możliwość psychicznej regeneracji. Jednocześnie pokusa przeżycia niepowtarzalnej przygody była we mnie tak duża, że nie musiałem się długo zastanawiać… 🙂

No to w drogę!

Wczesnym rankiem 1 lipca 2013 roku wyruszyliśmy rowerami z miejsca naszego zamieszkania (Chełmno, woj. kujawsko-pomorskie) i po przejechaniu około 20 km dotarliśmy na dworzec PKP w Laskowicach Pomorskich. Stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Szczecina i dalej, po przesiadce do Pasewalk w Niemczech. Tam musieliśmy poczekać kilkadziesiąt minut na kolejny, ostatni już pociąg do Stralsund. Mój brat chwilę oczekiwania wykorzystał na naprawę bagażnika, który obładowany ciężkimi sakwami i namiotem utrudniał mu od samego rana podróż. Po usunięciu usterki znaleźliśmy też czas na zrobienie kilku zdjęć. Czekając na pociąg doszło też do dość zabawnej sytuacji… wraz z bratem, dosłownie do ostatniej sekundy przekonani byliśmy że peron na dworcu w Pasewalk ma tylko jeden tor… do dziś nie wiem jak to było możliwe, ale nie dostrzegliśmy tablicy wskazującej, że po drugiej stronie budynku jest ich jeszcze kilka 😀 Być może byliśmy tak podekscytowani rozpoczynającą się wyprawą..? 🙂 W każdym bądź razie przebiegliśmy z rowerami na właściwy peron i po chwili byliśmy już w pociągu. Zdążyliśmy! uff…

Pasewalk - stacja kolejowa

Rugia – początek wyprawy i nocleg w lesie

Do Stralsund dotarliśmy późnym popołudniem. W końcu, po długiej i wyczerpującej podróży koleją, wsiedliśmy na rowery i rozpoczęliśmy właściwą podróż przez Rugię i dalej w kolejnych dniach, wzdłuż wybrzeża Bałtyku, aż po planowane miejsce docelowe wyprawy – Hel. Po krótkim zwiedzaniu miasta, przejechaliśmy przez most, łączący Stralsund z wyspą Rugią.

Stralsund - wjazd na wyspe Rugia

Pamiętam że pogoda tego popołudnia była idealna do jazdy. Szczęśliwi wjechaliśmy wgłąb wyspy, kierując się na północ, mijając po drodze kilka mniejszych miasteczek. Ich mieszkańcy byli nad wyraz chętni do pomocy we wskazaniu właściwej drogi. Tak się jednak składało że byliśmy dobrze zorientowani w terenie, a próby wyjaśnienia czegokolwiek w języku angielskim, spotykanym wyłącznie niemieckojęzycznym mieszkańcom, że niczego nie potrzebujemy, były dość kłopotliwe 🙂 Po około trzech godzinach jazdy, nadszedł czas na znalezienie noclegu. Na miejsce rozbicia namiotu wybraliśmy środek lasu… tak, sam środek! Dla brata nie było to coś niezwykłego, gdyż nocował wcześniej w podobnych warunkach. Dla mnie jednak, była to pierwsza noc spędzona na dziko, a wszystkie najdrobniejsze odgłosy na zewnątrz namiotu nie pozwoliły spać spokojnie. Mimo wszystko wspominał będę ten nocleg, jako ciekawe doświadczenie 🙂

Nocleg w lesie podczas podróżowania

Dalsza część podróży w następnych wpisach 😉