Karkonosze odwiedziłem już wiele razy. To właśnie tutaj, 10 lat temu, zaczęła się moja przygoda i miłość do gór. Najpierw była Szklarska Poręba, potem Karpacz. W międzyczasie pojawił się też wyjazd do czeskiego Harrachova i jeszcze powroty do Szklarskiej Poręby. Piękno tutejszych lasów, szum licznych potoków i górskie krajobrazy nigdy mi się nie nudzą, a wręcz za każdym razem zachwycają na nowo.
Tym razem pojechałem w Karkonosze z przyjaciółmi, Karolem i Krzyśkiem, na mały męski wypad. Był to nasz drugi wspólny wyjazd w góry we trójkę. Postawiliśmy na nowe doświadczenia i tereny, których jeszcze nie znaliśmy, czyli na czeskie Karkonosze i Krkonošský národní park. W tym artykule opowiem, jak wygląda Śnieżka od strony czeskiej, którymi szlakami w czeskich Karkonoszach warto pójść, czym zachwycają tutejsze torfowiska i dlaczego Pec pod Śnieżką okazał się świetną bazą wypadową.
Dlaczego czeskie Karkonosze?
Skoro po polskiej stronie Karkonoszy byłem już tyle razy, tym razem chciałem czegoś świeżego. Nowych szlaków, nowych widoków i tego dreszczyku, który pojawia się tylko wtedy, gdy idzie się w nieznane. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby zamiast do Karpacza pojechać na drugą stronę grzbietu, do Czech.
Taki wyjazd to coś więcej niż zmiana szlaków. To inny język, inna kuchnia, inne piwo i trochę inna kultura górska. A wszystko to dosłownie kilka kilometrów od polskiej granicy. Trudno o łatwiejszy sposób, żeby poczuć się jak na zagranicznym wypadzie, nie spędzając przy tym połowy dnia w samochodzie.
Największym atutem okazało się jednak coś innego: spokój. Karpacz w sezonie potrafi przytłoczyć liczbą turystów, a po czeskiej stronie, poza samą Śnieżką, momentami czuliśmy się jak na kompletnym odludziu. Na szlakach mijaliśmy pojedyncze osoby, a w miasteczkach panowała cisza, jakiej po polskiej stronie dawno nie doświadczyłem. To właśnie ona nadała naszemu wyjazdowi wyjątkowy klimat. Chyba każdy z nas lubi, gdy w danym miejscu nie ma tłumów.
Pec pod Śnieżką i Velká Úpa
Naszą bazą wypadową była Velká Úpa, spokojna część Pecu pod Śnieżką, położona około 2,5 kilometra od jego centrum. Ta niewielka miejscowość ciągnie się wzdłuż obu brzegów Úpy i płynnie przechodzi w Pec, więc formalnie mieszkaliśmy w tym samym górskim kurorcie. Co ciekawe, przez długi czas to Velká Úpa była tu ważniejsza, a Pec rósł niejako w jej cieniu. Dopiero z czasem role się odwróciły i dziś Velká Úpa to mniejsza, spokojniejsza część jednego z najbardziej znanych czeskich kurortów górskich.
Nocleg w Velkiej Úpie wybrałem świadomie, przede wszystkim ze względu na bliskość szlaków. Zależało mi, żeby rano wychodzić prosto na trasę, bez dojazdów autem. Stąd w kilkadziesiąt minut docieraliśmy do centrum Pecu, na szlaki prowadzące w głąb czeskich Karkonoszy albo w stronę granicy z Polską. Z doświadczenia wiem, że taka lokalizacja oszczędza mnóstwo czasu i pozwala elastycznie reagować na zmienną górską pogodę. Dużym plusem okazał się też spokój. Velká Úpa jest wyraźnie cichsza niż centrum Pecu, a jednocześnie wszystko mieliśmy w zasięgu ręki, a w zasadzie nóg 😉
Śnieżka od strony czeskiej
Na Śnieżce byłem ostatni raz osiem lat temu, dlatego tym razem postanowiłem wrócić na nią, oczywiście szlakiem od strony czeskiej. I tu mała uwaga. Śnieżkę odwiedziliśmy w sumie dwa razy, bo chcieliśmy zdobyć ją różnymi szlakami i wracać innymi. Dlatego nie będę opisywać całodniowych tras, a jedynie ciekawsze fragmenty warte uwagi, czyli te, które najbardziej nam się podobały i o których po prostu warto napisać.
Wejście na Śnieżkę od strony czeskiej zaczęliśmy w Velkiej Úpie. Tak się złożyło, że niedaleko naszego noclegu zaczynał się żółty szlak prowadzący prosto na szczyt. Dystans to prawie 6 kilometrów, więc zapowiadały się jakieś dwie godziny marszu. Początkowo musieliśmy podejść nieco na grzbiet góry, mocno zalesionym, ale pięknym lasem. Prowadził nas typowy karkonoski szlak ułożony ze sporych kamieni, klimatyczny i naprawdę ładny. Pod koniec tego odcinka ścieżka zaczęła się wypłaszczać i niespodziewanie wyszliśmy na… asfaltową drogę dojazdową. Tego się nie spodziewałem, ale nie ma co narzekać. Szlak prowadził dalej tą drogą, niecały kilometr, aż dotarliśmy do górskiej chaty Růžohorky (Horská bouda Růžohorky). To tradycyjne górskie schronisko położone na zboczu Růžovej hory, jedno z charakterystycznych miejsc na tej trasie, gdzie można odpocząć, coś zjeść i złapać oddech przed dalszą wędrówką. Tu zrobiliśmy sobie krótką przerwę, obserwując pasące się nieopodal krowy i okoliczne panoramy.
Ruszyliśmy dalej, wciąż szlakiem żółtym, ale asfalt pod naszymi nogami zastąpiła typowa ścieżka, tym razem nie kamienna, lecz po prostu wydeptana w ubitym piachu. Widoków tu za wiele nie było, otaczał nas po prostu piękny iglasty las. Po drodze minęliśmy pośrednią stację kolejki gondolowej z Pecu pod Śnieżką (Lanovka na Sněžku), a następnie przeszliśmy wzdłuż dość płaskiego zbocza Růžovej hory (Różowej Góry). I tu zrobiło się ciekawiej. Las ustąpił miejsca kosodrzewinie, a przed naszymi oczami, wysoko nad horyzontem, pojawiła się ona, królowa Karkonoszy, czyli Śnieżka. Z każdym krokiem widoki stawały się coraz bardziej imponujące.
Za Růžovą horą szlak nieco opadł, pod samo zbocze Śnieżki, by zaraz znów wspiąć się stromo w górę, tym razem już typowo kamienną ścieżką ułożoną na wzór wielkich schodów. To właśnie tutaj widoki zrobiły się najpiękniejsze, bo im wyżej byliśmy, tym szerzej otworzyła się panorama na czeską stronę Karkonoszy. Zbocze Śnieżki jest mocno odsłonięte, najpierw towarzyszyła nam kosodrzewina, a potem ustąpiła ona nagim, kamiennym stokom, które wyglądały miejscami wręcz egzotycznie. Na końcowym etapie podejścia minęliśmy górną (końcową) stację kolejki gondolowej i byliśmy już prawie na miejscu.
O ile po stronie czeskiej ludzi było dość mało, o tyle na samym szczycie Śnieżki zastaliśmy spore tłumy, czego do końca się nie spodziewałem, bo liczyłem, że we wrześniu będzie tu nieco luźniej. O samej górze napiszę tylko tyle, że Śnieżka (1603 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Karkonoszy, Sudetów i Czech, a jej wierzchołek leży dokładnie na granicy polsko-czeskiej. Często panują tu surowe warunki. To jedno z najbardziej wietrznych miejsc w Polsce, gdzie wiatr potrafi czasami przekraczać nawet 200 km/h, a średnia roczna temperatura wynosi zaledwie około 0,4 stopnia Celsjusza. Szczyt bardzo często spowijają mgły i chmury, dlatego z widokami bywa różnie. Nawet latem potrafi być tu chłodno i wietrznie. Mieliśmy sporo szczęścia, bo akurat wtedy chmury trochę się rozstąpiły i zobaczyliśmy fragment okolicy.
Kolejka gondolowa na Śnieżkę
Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, żeby zdobywać szczyt pieszo, zawsze pozostaje kolej gondolowa na Śnieżkę (Lanovka na Sněžku). Z Pecu pod Śnieżką można wjechać gondolą niemal na sam wierzchołek, z przesiadką na pośredniej stacji na Růžovej horze. Jest jednak jedno istotne „ale”. Kolejka na Śnieżkę dość często bywa nieczynna, zwłaszcza górny odcinek na szczyt, bo na Śnieżce regularnie wieje tak mocno, że wjazd staje się niemożliwy. Zdarza się, że kursuje tylko dolny odcinek, do pierwszej stacji na Růžovej horze, a dalej trzeba już iść pieszo. Dlatego na bieżąco sprawdzajcie aktualny status kolejki na oficjalnej stronie Lanová dráha Sněžka, zanim zaplanujecie wjazd, żeby uniknąć rozczarowania na miejscu.
Droga Jubileuszowa: ze Śnieżki do Domu Śląskiego
Droga Jubileuszowa to szeroka, brukowana ścieżka łącząca szczyt Śnieżki z Przełęczą pod Śnieżką, gdzie stoi schronisko Dom Śląski. To najwygodniejszy sposób na zejście ze Śnieżki, a w sezonie letnim w praktyce jedyny, ponieważ słynne Zakosy, czyli stromy czerwony szlak na szczyt, są wtedy jednokierunkowe. Tą drogą właśnie schodziliśmy z Królowej Karkonoszy do Domu Śląskiego, a zajęło nam to spokojnym tempem około 40 minut.
Przyznam szczerze, że zdążyłem już zapomnieć, jak wspaniałe widoki oferuje ta trasa. Będąc tu drugi raz, po prostu nie mogłem się nadziwić, jak pięknie jest dookoła. Rozciąga się stąd panorama od ogromnego Kotła Łomniczki, przez Kotlinę Jeleniogórską z doskonale widocznym Karpaczem, aż po Równię pod Śnieżką z Domem Śląskim, a w oddali nawet Torfowisko Úpy. To niewielki, a jednocześnie ogromny kawałek świata i spora część Karkonoszy w jednym kadrze. Myślę, że zdjęcia poniżej powiedzą więcej niż słowa.
Jeśli lubicie ciekawostki, to wyczytałem, że Droga Jubileuszowa powstała w 1905 roku, a jej nazwa upamiętnia 25. rocznicę istnienia Towarzystwa Karkonoskiego. W chwili otwarcia uchodziła za spore osiągnięcie techniczne, a na niektórych odcinkach miała początkowo stopnie. Pod koniec II wojny światowej Niemcy kazali jeńcom wojennym rozebrać schody na trasie. Obecny wygląd droga zawdzięcza remontowi, który w 1967 roku przeprowadzili Polacy.
Spod Śnieżki przez Obří důl do Pecu pod Śnieżką
Stojąc niejednokrotnie przy schronisku Dom Śląski, tuż pod Śnieżką, wiele razy zastanawiałem się, jak wygląda niebieski szlak prowadzący w dół, do doliny po czeskiej stronie. Po kilku latach w końcu nadarzyła się okazja, żeby to sprawdzić.
Pierwsze, co rzuca się w oczy już na początku szlaku, to pustka. O ile na Drodze Jubileuszowej i pod schroniskiem panował tłok, o tyle tutaj ludzi szybko ubywało. Po pewnym czasie szliśmy już zupełnie sami, mijając co kilka minut pojedyncze osoby podchodzące pod górę.
Szlak prowadzi do doliny Obří důl, rozciągającej się między podnóżem Śnieżki a Studniční horą. Co ciekawe, nazwa Obří důl jest najczęściej tłumaczona na polski jako Olbrzymi Dół lub Olbrzymia Dolina, choć w różnych źródłach znalazłem jeszcze kilka innych wersji.
Początkowo szlak jest w miarę płaski, oczywiście jak na góry. Po kilkunastu minutach marszu robi się jednak naprawdę stromo. Ścieżka jest skalista i miejscami piaszczysta, ale schodzi się nią dość wygodnie i bez większych problemów, nawet w całkiem szybkim tempie. To nie jest typowo leśny szlak, na którym przez większość czasu widać tylko drzewa. Trasa co chwilę odsłania rozległe widoki na dolinę, a leśne odcinki pojawiają się tylko miejscami, raczej jako przerywnik. Przez większość drogi przed oczami mamy potężne zbocze Studniční hory, czyli Studziennej Góry, które opada prosto do doliny. Mogę też od razu zdradzić, że moim zdaniem to najbardziej widowiskowy wariant wejścia na Śnieżkę od czeskiej strony lub zejścia z niej.
Stromy odcinek niebieskiego szlaku liczy nieco ponad 2 km. Im bliżej jego końca, tym łagodniej, aż w końcu doszliśmy do kapliczki w Obřím dole, upamiętniającej lawinę błotną z 1897 roku. Od tego miejsca zaczyna się asfalt, a droga do miasteczka prowadziła już łagodnie w dół. Nasze kolana mogły wreszcie odpocząć po stromym górnym odcinku.
Ten fragment, od kapliczki do samego centrum Pecu pod Śnieżką (Pec pod Sněžkou), liczy około 3,5 km. Trasa jest prosta i przyjemna, spokojnie można ją pokonać nawet rowerem albo z wózkiem dziecięcym. Po drodze minęliśmy dwa czeskie schroniska: Boudę v Obřím dole i nieco niżej Boudę pod Sněžkou. Całe zejście ze Śnieżki przez Obří důl zajęło nam około 2,5 godziny.
Z Úpské rašeliniště, czyli Torfowiska Upy, do Pecu pod Śnieżką
Będąc po raz drugi przy schronisku Dom Śląski, musieliśmy znów wrócić do Pecu pod Śnieżką. Nie chcieliśmy ponownie schodzić przez Obří důl, więc tym razem wybraliśmy zielony szlak przez Úpské rašeliniště (Torfowisko Upy), a następnie czerwony w kierunku południowym, w stronę schroniska Výrovka. Stamtąd planowaliśmy powoli zejść do miasteczka przez Zelený důl (Zielony Dół), który już na mapie wyglądał interesująco, bo biegnie przez niego potok, a kto nie lubi wędrować w towarzystwie szumiącej wody?
Ale zacznijmy od początku. Úpské rašeliniště (Torfowisko Upy) to największe torfowisko w Karkonoszach, położone po czeskiej stronie gór na wysokości około 1400 m n.p.m. Ten 73-hektarowy rezerwat przyrody przypomina nieco subarktyczną tundrę, jest źródłem rzek Úpy oraz Białej Łaby, a także domem cennych, rzadkich gatunków roślin i zwierząt. Będąc w Karkonoszach wcześniej, wiele razy widziałem te tereny z daleka i zawsze mnie intrygowały, głównie przez swoje rozległe, płaskie ukształtowanie, które na takiej wysokości jest raczej rzadkością. Teraz wreszcie miałem okazję zobaczyć z bliska, co się tu kryje.
Od Domu Śląskiego do początku torfowiska jest niewiele ponad kilometr drogi prowadzącej przez Równię pod Śnieżką. Od tego miejsca zaczyna się drewniana kładka wiodąca nad torfowiskami. Torfowisko Upy opisałem bardziej szczegółowo i z większą liczbą zdjęć w osobnym artykule, więc osoby szczególnie zainteresowane tym miejscem odsyłam właśnie tam. Tu wspomnę tylko, że było to miejsce, które zachwyciło mnie najbardziej podczas całego wypadu w góry. Było surowo, a jednocześnie przepięknie. Płaskie tereny dookoła sprawiały, że czułem się, jakbym wcale nie był w górach, lecz w jakiejś odległej krainie albo na planie filmu fantasy. Po prostu niesamowite miejsce. Jeśli będziecie w okolicach Domu Śląskiego, koniecznie tu zajrzyjcie, bo Úpské rašeliniště to naprawdę klimatyczne miejsce.
Przechodząc przez torfowisko, trafiliśmy na ogromne schronisko Luční bouda (Hotel Luční bouda). To najstarsze i największe schronisko w Karkonoszach, a zarazem jedno z najwyżej położonych w Europie Środkowej, bo stoi na wysokości 1410 m n.p.m. Jego historia sięga aż XVI wieku, a dziś obiekt funkcjonuje jako luksusowy hotel, szczycący się własnym, najwyżej położonym w Europie Środkowej browarem. Więcej o tym miejscu piszę w osobnym wpisie, tutaj zatrzymajmy się na chwilę przy samym schronisku. Na ławkach przed Luční boudą zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, napawając się widokiem na okoliczne tereny, jak Biała Łąka czy rozległe hale pod szczytem Studniční hory, czyli wielkie, przepiękne i surowe górskie łąki.
Ruszyliśmy dalej, tym razem czerwonym szlakiem na południe, w kierunku schroniska Výrovka. Od Luční boudy szlak prowadzi asfaltową drogą, najpierw nieco pod górę, na szczyt grzbietu. Stamtąd roztacza się widok na cały wcześniej pokonany teren, na Równię pod Śnieżką, na schronisko, a w oddali także na samą Śnieżkę z charakterystyczną zabudową na szczycie. Z tej perspektywy dobrze widać, jak płaski jest ten teren, choć nie bezkresny. W oddali, na samym krańcu, nagle się urywa, a w dole widać już tylko Kotlinę Jeleniogórską z rozsianymi miejscowościami, tak odległymi, że ledwie rozpoznawalnymi. Na grzbiecie minęliśmy też Pomnik pamięci ofiar Karkonoszy (Památník obětem hor), niewielką kamienną kapliczkę stojącą na przełęczy między Luční horą a Studniční horą.
Przekroczyliśmy grzbiet i od tej chwili szliśmy już w pełni po czeskiej stronie Karkonoszy. Szlak łagodnie opadał, w oddali pojawiło się schronisko, a z lewej strony otwierał się widok na rozległe zbocze, które opadało aż do doliny Modrý důl (Niebieski Dół). Rozciągała się stąd także ogromna panorama czeskiej części Karkonoskiego Parku Narodowego (KRNAP), z wieloma pasmami i jeszcze większą liczbą szczytów. Widoki były przepiękne. Miasteczko Pec pod Śnieżką na razie pozostawało ukryte za grzbietem, którego najwyższym punktem jest Leśna Góra (Lesní hora). Po pokonaniu tego mocno widokowego odcinka dotarliśmy w okolice schroniska. Na rozdrożu skręciliśmy na zielony szlak prowadzący w dół, w stronę doliny i wciąż chowającego się przed nami miasta.
Nawierzchnia asfaltu jest tu nieco gorsza, a co ciekawe, ta sama ścieżka służy także jako szlak rowerowy. Ten fragment trasy nie zachwyca widokami, więc dość szybko doszliśmy do kolejnego rozdroża. Kilkaset metrów za Ośrodkiem Rekreacyjnym Policji Republiki Czeskiej (Rekreační středisko Policie České republiky) opuściliśmy asfaltową trasę rowerową i przeszliśmy na czerwony szlak prowadzący do Zielonego Dołu (Zelený důl). Od tego momentu zrobiło się dużo ciekawiej i bardziej klimatycznie, bo szliśmy kamienistą, piaszczystą ścieżką wśród pięknego lasu. Przy końcu tego odcinka, tuż przy płynącym potoku, zrobiliśmy sobie przerwę. Odłożyliśmy plecaki i przeszliśmy mały kawałek w górę strumienia. Po jego drugiej stronie odkryliśmy coś ciekawego, stare kamienne fundamenty, zapewne jakiejś dawnej chaty, całkowicie już obrośnięte zielonym, wilgotnym mchem. Lubię takie miejsca, napawają mnie pewnego rodzaju melancholią, zadumą nad przemijaniem, i przypominają, że nic nie trwa wiecznie.
Ruszyliśmy dalej w kierunku Zielonej Doliny, która była już bardzo blisko. Po paru minutach weszliśmy na asfaltową drogę dojazdową, ale tylko na chwilę, bo znów po kilku minutach odbiliśmy na żółty szlak, wprost do Zelený důl. Na samym początku powitała nas największa atrakcja tego miejsca, czyli Lisi Wodospad (Liščí vodopád). Nie jest jakiś wielki ani szczególnie widowiskowy, ale i tak cieszy oko. Dalsza wędrówka to bardzo przyjemny spacer wzdłuż szumiącego Zielonego Potoku (Zelený potok), mocno kamienistego, otoczonego bujnymi mchami i roślinami, których nie potrafię nazwać. Wilgoć jest tu wszechobecna. Soczyście zielone mchy porastają kamienie, korzenie i pnie drzew, a w całej dolinie panuje mikroklimat, który niemal czuć na skórze. Po drodze dwukrotnie przekroczyliśmy potok po drewnianych kładkach, a szum wody towarzyszył nam nieustannie. Wkrótce Zelený potok doprowadził nas prosto do Pecu pod Śnieżką.
Jeśli akurat będziecie w miasteczku i szukacie pomysłu na krótki, niezobowiązujący spacer, to gorąco polecam przejść się właśnie tutaj, do Lisiego Wodospadu (Liščí vodopád). Z centrum Pecu pod Śnieżką to niecałe 3 kilometry w jedną stronę, czyli jakąś godzinę spokojnego marszu wzdłuż szumiącego Zielonego Potoku. Trasa jest łatwa, klimatyczna i dostępna właściwie dla każdego, a ten wilgotny, obrośnięty mchem las potrafi pozytywnie zaskoczyć swoim urokiem.
Černohorské rašeliniště, czyli górskie torfowisko w czeskich Karkonoszach
Gdy przeglądałem mapę turystyczną jeszcze przed wyjazdem, moją uwagę przykuło Černohorské rašeliniště, czyli w tłumaczeniu Torfowisko Czarnej Góry. To chronione górskie torfowisko liczące ponad 6000 lat, położone na wysokości około 1200 m n.p.m., w miejscu, gdzie opadów jest na tyle dużo, że torfowisko może się swobodnie rozwijać. Wyczytałem także, że rośnie tu wiele rzadkich gatunków roślin. Wokół całego obszaru biegnie drewniana kładka ze ścieżką dydaktyczną, a na trasie znajduje się wieża widokowa, z której rozciąga się widok na całe torfowisko. W teorii brzmiało to świetnie, więc postanowiliśmy ruszyć na szlak i zobaczyć to miejsce na własne oczy.
Z Velkiej Úpy wyruszyliśmy najpierw szlakiem zielonym, a potem niebieskim, w kierunku Czarnej Góry (Černá hora), aż do rozdroża Pod Kolínskou boudou. To około 3,3 kilometra pod górę asfaltową drogą dojazdową, co zajęło nam niecałe dwie godziny. Ta część trasy, szczerze mówiąc, była dość nudna i mało widokowa. Po dotarciu do rozdroża ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem na południe, w stronę torfowisk. I tu zrobiło się dużo ładniej. Teren nieco się wypłaszczył, a my szliśmy już typowym górskim szlakiem. Po 25 minutach dotarliśmy do skrzyżowania ze szlakiem żółtym i zielonym, gdzie zaczyna się ta popularna, klimatyczna drewniana kładka. Od tego momentu to ona prowadziła nas przez las wprost do torfowisk.
Po 300 metrach spokojnego spaceru kładką przez przepiękny las, którego urok naprawdę nas zaskoczył, dotarliśmy do niewielkiej drewnianej wieży widokowej. To właśnie stąd najlepiej widać torfowisko na Czarnej Górze. Powiem szczerze, że widok nie był szczególnie spektakularny i raczej nie nadawał się na widokówkę, ale dla mnie był czymś zupełnie nowym. Nigdy wcześniej nie byłem w podobnym miejscu, więc samo to doświadczenie było bardzo ciekawe. Mimo wszystko torfowisko ma w sobie coś wyjątkowego. Panuje tu cisza i spokój, a przestrzeń wydaje się zupełnie inna niż w lesie, który przed chwilą minęliśmy. Zostaliśmy na wieży dłużej, niż planowaliśmy, bo zwyczajnie nie chciało się stąd odchodzić. W końcu jednak trzeba było ruszać dalej. Żółty szlak poprowadził nas kładką nad lasem, który z czasem się przerzedzał i stopniowo odsłaniał widok na pobliskie góry.
Ostatnim ciekawym miejscem podczas spaceru po kładce był Punkt widokowy Huberta (Hubertova vyhlídka). Widok z tego miejsca nie jest idealny, bo zasłania go sporo drzew, ale kilka okolicznych szczytów da się dostrzec. Pomaga w tym przygotowana spora drewniana mapa z wypisanymi nazwami wierzchołków. Jest tu również ławka i stolik, więc to idealne miejsce na przerwę. Kilometrowy odcinek kładki, który mieliśmy za sobą, był najdłuższy, jaki kiedykolwiek miałem okazję przejść. Mimo niewielkiego dystansu zeszła nam na nim cała godzina. Szliśmy spokojnym krokiem, zatrzymując się co chwilę, bo było tu zbyt ładnie, żeby się spieszyć.
W pewnym momencie drewniana kładka skończyła się i wkrótce żółty szlak zaczął schodzić w dół zbocza, w kierunku Velkiej Úpy. Tu tak naprawdę niewiele się działo. Przyjemnie w dół prowadziła nas szeroka gruntowa droga przez gęsty, głównie iglasty las. Przy rozdrożu Nad Vlašskými Boudami na kilkanaście minut weszliśmy na asfaltową drogę, zapewne dojazdową, by potem znów zanurzyć się w gęstym lesie, gdzie szlak mocno opadał, ponieważ schodziliśmy prosto w kierunku rzeki płynącej na dnie doliny. Ostatni odcinek odsłonił nieco widoków na pobliski grzbiet Růžohorská hornatina z kilkoma szczytami i licznymi domami wybudowanymi na dolnej części zbocza. Końcówka szlaku prowadziła także blisko różnych zabudowań, więc mogliśmy podejrzeć, jak żyją ludzie w górach na tej wysokości, w dość surowym i mało turystycznym miejscu, bo raczej nie było tu żadnych pokoi czy apartamentów na wynajem.
Skalne miasta w Czechach: Adršpach i Ostaš
Podczas tego wyjazdu udało nam się zwiedzić jeszcze dwa przepiękne skalne miasta w Czechach, położone już poza terenem Karkonoskiego Parku Narodowego. Przygotowałem o nich osobne materiały, więc tutaj tylko krótko.
Pierwszym było Skalne Miasto Adršpach, najpopularniejsze skalne miasto w Czechach i bardzo dobrze znane również w Polsce. Leży zaledwie kilka kilometrów od polskiej granicy, dlatego od lat jest jednym z ulubionych kierunków na jednodniowy wypad z Dolnego Śląska, a w sezonie Polaków spotyka się tu na każdym kroku. Ta popularność ma swoją cenę: w szczycie sezonu bilety wstępu i miejsca parkingowe najlepiej zarezerwować wcześniej przez internet.
Drugim było Skalne Miasto Ostaš, które, co ciekawe, nawet bardziej przypadło nam do gustu. W dodatku wstęp na Ostaš jest bezpłatny, w sezonie płaci się jedynie za parking. Oba miejsca leżą niedaleko siebie, więc jeśli kiedyś wybierzecie się w te strony, polecam zobaczyć oba. Każde ma zupełnie inny klimat. Jeśli je odwiedzicie to dajcie znać w komentarzu, które podobało Wam się bardziej.
Czeskie Karkonosze: podsumowanie wypadu
To był intensywny wyjazd, podczas którego zobaczyliśmy naprawdę sporo. Nie przeszliśmy po czeskiej stronie tylu szlaków, ile byśmy chcieli. To, co udało się zobaczyć, wystarczyło jednak, by przekonać się, że czeskie Karkonosze są równie piękne jak polskie. Dla mnie najpiękniejszym miejscem całego wyjazdu było Torfowisko Úpy (Úpské rašeliniště). Czułem się tam jak na innej planecie, wszystko było inne i niezwykle orzeźwiające. Moim towarzyszom podróży najbardziej spodobało się torfowisko na Czarnej Górze, a zwłaszcza drewniane kładki prowadzące przez przepiękny las.
Mieliśmy też ogromne szczęście do noclegu. Zatrzymaliśmy się w Urlas Apartments, jednym z najwyżej położonych domków w Velkiej Úpie. Każdego wieczoru nie mogliśmy się nacieszyć widokiem na okolicę i mgłami otulającymi pobliskie szczyty. Do tego trafiliśmy na przemiłych gospodarzy. Wszystko to sprawiło, że był to jeden z najlepszych naszych wyjazdów w góry.
Jeśli lubicie Karkonosze, ale męczą Was tłumy znane choćby z Karpacza, pomyślcie o odwiedzeniu naszych sąsiadów. We wrześniu jest tu naprawdę kameralnie, a miejscami wręcz odludnie. Czesi okazali się bardzo mili i pomocni. W restauracjach menu często jest dostępne po polsku, a nawet jeśli go brakuje, z kelnerami łatwo się dogadać. Ceny są podobne jak w Polsce, a czasem nawet niższe.
Czeska strona Karkonoszy pokazała nam te góry z zupełnie nowej perspektywy. Wystarczy przejść na drugą stronę grzbietu, by zobaczyć Śnieżkę w nieco innym wydaniu i odpocząć od zatłoczonych szlaków. Jeśli szukacie pomysłu na spokojny wyjazd w góry, czeskie Karkonosze będą świetnym wyborem. A jeśli macie własne ulubione miejsca po czeskiej stronie, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach. Gdy zostanie Wam w zanadrzu jeszcze jeden dzień, zajrzyjcie też do skalnych miast Adršpach i Ostaš.








































































